Brian Aldiss
Non Stop
. 9 .
Dzi�b
Dzi�b stanowi� typ terenu, jakiego Complain nigdy
przedtem nie widzia�. Dostoje�stwo Schod�w Rufowych, przytulna ciasnota Kabin,
z�owroga dziko�� Bezdro�y, nawet makabryczne morze, nad kt�rym wpad� w r�ce
Gigant�w - �adnego z tych do�wiadcze� nie m�g� por�wna� z Dziobem, tak bardzo
by� on odmienny. Wprawdzie, tak jak Fermour i Marapper, mia� r�ce zwi�zane z
ty�u, to jednak jego czujne oczy my�liwego nie spocz�y ani na chwil�, gdy ca��
grupk� wprowadzano do obozu.
Podstawowa cecha odr�niaj�ca Dzi�b od licznych osiedli
zagubionych w�r�d gnij�cego kontynentu Bezdro�y szybko sta�a si� oczywista. O
ile szczep Greene i inne jemu podobne powoli, lecz nieustannie si�
przemieszcza�y, o tyle Dzi�b mia� charakter zdecydowanie osiad�y i sta�e,
niezmienne granice. Nale�a�o to po�o�y� raczej na karb przypadku ni� zamierzonej
dzia�alno�ci. Complain nigdy nie mia� jasnej koncepcji Dziobu. Tym straszniejszy
by� obraz, kt�ry malowa�a jego wyobra�nia teraz. Dostrzeg�, �e przekracza on
rozmiarami zwyk�e osiedle i stanowi praktycznie ca�y samodzielny region. Nawet
bariery graniczne bardzo si� r�ni�y od prymitywnych konstrukcji stawianych w
Kabinach. Patrol, kt�ry ich uj��, po przedarciu si� przez glony, dotar� najpierw
do ci�kiej zas�ony, obwieszonej ma�ymi dzwoneczkami, kt�re dzwoni�y przy jej
rozsuwaniu. Za zas�on� znajdowa� si� korytarz, brudny i obdrapany, ale bez
glon�w, zastawiony zapor� z biurek i prycz. Za ni� stali stra�nicy rozbrojeni w
�uki i strza�y. Nast�pi�a wymiana okrzyk�w i nawo�ywa�, po kt�rej patrol z�o�ony
z czterech m�czyzn i dwu kobiet przepuszczono przez t� ostatni� zapor�. Za ni�
znajdowa�a si� inna zas�ona, tym razem z cienkiej siatki, chroni�ca przed plag�
Bezdro�y, jak� stanowi�y komary. Dalej rozci�ga� si� w�a�ciwy Dzi�b.
Najbardziej zdumiewa� Complaina ca�kowity brak glon�w.
G�szcz w Kabinach wycinano lub zadeptywano, ale bez wi�kszego entuzjazmu, gdy�
wiadomo by�o, �e wkr�tce przetrzebiony obszar ponownie zaro�nie. Cz�sto przy
wyr�bie pozostawiano korzenie g�sto pokrywaj�ce pok�ad. Wsz�dzie zreszt�
odczuwa�o si� obecno�� glon�w, pocz�wszy od powietrza przesyconego kwa�nos�odk�
woni� mleczu, a ko�cz�c na wyschni�tych kijach, u�ywanych przez m�czyzn, i
chitynowych nasionach, kt�rymi bawi�y si� dzieci.
Na Dziobie usuni�to glony tak dok�adnie, jak gdyby ich tu
nigdy nie by�o. Zlikwidowano r�wnie� wszelkie pod�o�e, kt�re im s�u�y�o za
po�ywk�. Wyskrobano nawet wy�arty przez korzenie na twardym pok�adzie wz�r.
Lampy �wieci�y ostro, nie t�umione k��bowiskiem �wiat�o�ernego listowia.
Wszystko wsz�dzie wygl�da�o dziwnie: twardo, nago, a przede wszystkim
geometrycznie, tak �e min�o sporo czasu, zanim Complain uprzytomni� sobie, �e
te wszystkie drzwi, korytarze i pok�ady nie s� �adnym odr�bnym kr�lestwem, lecz
jedynie odpowiednikiem urz�dze� z dalszych zak�tk�w statku. Zewn�trzny ich
wygl�d by� tak osobliwy, �e trudno mu by�o doszuka� si� jakiego� podobie�stwa z
pok�adem Kabin.
Ca�� tr�jk� wepchni�to do ma�ej celi, rozwi�zano im r�ce,
zabrano ca�y ekwipunek, po czym zatrza�ni�to drzwi.
- O �wiadomo�ci - j�kn�� Marapper. Czy to s� warunki, w
jakich powinien przebywa� biedny, niewinny kap�an? O Froydzie, zrz�d�, aby dusze
zgni�y tym plugawym zlizywaczom mleczu!
- Pozwolili ci jednak odprawi� mod�y nad Wantage'em - rzek�
Fermour staraj�c si� usun�� z w�os�w brud.
Spojrzeli na niego zdziwieni.
- Czy oczekiwa�e� czego� innego? - spyta� Marapper. - Ci
brutale s� przecie� lud�mi. Ale to nie oznacza, �e przed nast�pnym posi�kiem nie
w�o�� na szyje naszych jelit.
- Gdyby chocia� nie zabrali mi paralizatora... - powiedzia�
Complain.
Odebrano im jednak nie tylko paralizatory, ale tak�e
tobo�ki i wszystko, co posiadali. Complain bezradnie kr��y� po ciasnym pokoju.
Jak wiele pokoj�w w Kabinach, nie mia� on �adnych wyr�niaj�cych go cech. Przy
drzwiach w �cianie wbudowane by�y dwa uszkodzone zegary, przy drugiej �cianie
umocowano koj�; kratka w suficie przepuszcza�a niewielki strumie� powietrza. Nic
si� nie nadawa�o na bro�. Nie pozosta�o im nic innego, jak pe�ne napi�cia
oczekiwanie na stra�nik�w. Przez jaki� czas cisz� przerywa�o tylko burczenie w
brzuchu Marappera, potem wszyscy zacz�li si� wierci�.
Marapper usi�owa� zdrapa� grudki b�ota z p�aszcza. W
zaj�cie to nie wk�ada� wiele serca i gdy otworzy�y si� drzwi, w kt�rych stan�li
dwaj m�czy�ni, podszed� do nich przepychaj�c si� obok Fermoura.
- Przestrzeni dla waszego ja - powiedzia�. - Zaprowad�cie
mnie natychmiast do waszego porucznika. Wa�ne jest, abym si� z nim mo�liwie
szybko zobaczy�. Nie nale�� do tych, kt�rym mo�na kaza� czeka�.
- P�jdziecie z nami wszyscy - rzek� kr�tko jeden z m�czyzn
- takie mamy rozkazy. Kieruj�c si� rozs�dkiem Marapper podporz�dkowa� si� od
razu, nie przerywaj�c jednak strumienia pe�nych oburzenia protest�w nawet wtedy,
gdy wypchni�to ich na korytarz. Kiedy prowadzono ich w g��b Dziobu, mijali po
drodze grupy zaciekawionych ich widokiem przechodni�w. Complain zauwa�y�, �e
ludzie patrz� na nich z gniewem, a jaka� kobieta w �rednim wieku zawo�a�a:
„Parszywe psy, zabili�cie mojego Franka, teraz was zabij�".
Poczucie niebezpiecze�stwa wyostrzy�o wszystkie zmys�y
Complaina, w zwi�zku z czym dok�adnie obserwowa� ka�dy szczeg� trasy. Podobnie
jak w Bezdro�ach, tak i tu to, co Marapper nazywa� Korytarzem G��wnym, by�o
zablokowane na poziomie ka�dego pok�adu. Tote� droga by�a kr�ta, wi�a si� wzd�u�
korytarzy i przej�� mi�dzypok�adowych. Im dalej si� zatem posuwali, tym droga
mniej przypomina�a prost� tras� pocisku opuszczaj�cego luf�, a bardziej spiral�,
kt�r� pocisk wykonuje w jej wn�trzu.
Tak min�li dwa pok�ady. Z pewnym zdziwieniem Complain
zauwa�y� napis „Pok�ad 22" umieszczony na drzwiach mi�dzypok�adowych Wi�za�o si�
to w jaki� spos�b z niezliczon� liczb� pok�ad�w, jakie min�li w swoim czasie, i
wskazywa�o, �e o ile po drugiej stronie Dziobu nie zaczynaj� si� znowu Bezdro�a,
to sam Dzi�b obejmuje dwadzie�cia cztery pok�ady.
Trudno by�o w to uwierzy�. Complain musia� przypomnie�
sobie, �e przedtem te� nie wierzy� w r�ne rzeczy, kt�re tymczasem zosta�y
udowodnione. Ale co w takim razie le�a�o za Pok�adem 1? M�g� wyobrazi� sobie
tylko jakie� superglony rosn�ce w tym, co jego matka Myra nazwa�a ogromnym
obszarem ciemno�ci, gdzie p�on�y dziwne lampy. Nawet teoria statku lansowana
przez kap�ana, poparta obecnie namacalnymi dowodami, nie mog�a zatrze� w jego
pami�ci obrazu, do kt�rego przywyk� od dziecka. Z pewn� przyjemno�ci� por�wnywa�
te dwie teorie. Nigdy przedtem nie odczuwa� nic poza niezadowoleniem, gdy
przysz�o mu rozwa�a� co� niesprawdzalnego. Bardzo szybko pozbywa� si� starych
nawyk�w, kt�re w szczepie Greene ogranicza�y my�lenie.
Wewn�trzny monolog Complaina przerwali nagle stra�nicy,
kt�rzy wepchn�li go wraz z Fermourem i Marapperem do du�ego pomieszczenia, a
nast�pnie weszli za nimi zamykaj�c drzwi. W pokoju znajdowali si� ju� dwaj inni
stra�nicy.
Ten pok�j r�ni� si� od innych, w kt�rych Complain bywa�
dotychczas, pod wieloma wzgl�dami; po pierwsze w wazonie zobaczy� kolorowe
kwiaty. Niew�tpliwie znalaz�y si� one tu w jakim� celu, ale w jakim, tego �owca
nie m�g� sobie wyobrazi�. Po drugie by�a w nim dziewczyna. Sta�a z opuszczonymi
swobodnie r�kami i patrzy�a na nich zza biurka, ubrana w czysty szary mundur.
Jej proste, schludne w�osy opada�y na szyj�. W�osy by�y czarne, oczy szare,
twarz blada i pe�na wyrazu, a patrz�c na �agodny �uk ��cz�cy jej policzek z
ustami, Complain poczu� nagle, �e p�ynie od niej jaki� sygna�, kt�rego nie m�g�
jednak zrozumie�. Chocia� by�a m�oda i mia�a �liczn� twarz, nie promieniowa�a
pi�kno�ci�, lecz raczej �agodny m urokiem, ale wra�enie to s�ab�o wyra�nie, gdy
si� spojrza�o na jej podbr�dek. Tkwi�o w nim delikatne, ale nieomylne
ostrze�enie, �e zbyt bliska znajomo�� z t� dziewczyn� mo�e by� niebezpieczna.
Uwa�nie popatrzy�a na wi�ni�w.
Gdy jej oczy spocz�y na nim, Complain poczu� jaki� dziwny
dreszcz Co� w postawie Fermoura powiedzia�o mu, �e i na tamtym dziewczyna
wywar�a silne wra�enie. Jej bezpo�rednie spojrzenie, naruszaj�ce podstawowe tabu
Kabin, niepokoi�o jeszcze bardziej.
- A wi�c to wy jeste�cie zbirami Gregga powiedzia�a
wreszcie.
Teraz, gdy ju� ich sobie dok�adnie obejrza�a, wida� by�o,
�e straci�a dla nich zainteresowanie, odwr�ci�a bowiem sw� �adn� g��wk�,
studiuj�c fragment �ciany.
- Szcz�liwie si� sk�ada, �e w ko�cu kogo� z was
schwytali�my. Narobili�cie mas� k�opotu. Teraz zostaniecie poddani torturom,
aby�my mogli wydrze� z was konkretne wiadomo�ci. A mo�e chcecie wszystko
powiedzie� dobrowolnie, zaraz tutaj?
Jej g�os by� zimny i oboj�tny, taki, jakim ludzie wynio�li
przemawiaj� do przest�pc�w. By�o jasne, �e tortury stanowi� zwyk�y �rodek
dezynfekcyjny stosowany wobec ludzi ich pokroju. Pierwszy przem�wi� Fermour.
- Jeste� �agodn� kobiet�, b�agamy ci� wi�c, oszcz�dzi�am
tortur!
- Nie chc�, ani nie musz� by� �agodna odpowiedzia�a - co
si� za� tyczy mojej p�ci, to s�dz�, �e le�y ona poza zasi�giem waszych
zainteresowa�. Jestem inspektor Vyann, przes�uchuj� wszystkich wi�ni�w
doprowadzanych do Dziobu. Nieskorych do zwierze� przepuszczam przez specjalne
tryby. Jako wyj�tkowe �otry, nie zas�ugujecie na nic lepszego. Musimy wiedzie�,
jak dotrze� do przyw�dcy waszej bandy.
Marapper roz�o�y� r�ce szeroko.
- Prosz� mi wierzy�, �e nic o nim nie wiemy - powiedzia� -
nie wiemy te� nic o �otrach, kt�rzy mu s�u��. Nie mamy z nimi nic wsp�lnego, a
nasz szczep �yje wiele pok�ad�w st�d. Jestem skromnym kap�anem i w �adnym razie
nie m�g�bym k�ama�.
- Jeste� skromny, co? - zapyta�a wysuwaj�c wojowniczo swoj�
ma�� br�dk�. - A co robili�cie tak blisko Dziobu? Czy nie wiecie, �e nasz rejon
jest niebezpieczny?
- Nie zdawali�my sobie sprawy, �e znajdujemy si� tak blisko
Dziobu - odpowiedzia� kap�an. - Glony by�y bardzo g�ste, a my przyszli�my z
daleka.
- A konkretnie sk�d przybywacie?
By�o to pierwsze pytanie, jakie zada�a im inspektor Vyann.
Marapper odpowiada� na nie s�u�alczo, acz niech�tnie, nie m�g� bowiem zboczy� z
tematu. Niezale�nie od tego, czy m�wi�a do nich, czy s�ucha�a odpowiedzi,
dziewczyna w szarym mundurze nie zaszczyca�a ich spojrzeniem. Byli dla niej
niczym, ot, stadem sp�dzonych razem ps�w; jako ludzie dla niej nie istnieli -
zar�wno dwie milcz�ce postacie, jak i stoj�cy nieco z przodu Marapper, kt�ry
przest�powa� z nogi na nog�, gestykulowa� i protestowa�... Byli ma�o znacz�cymi
elementami jakiego� wi�kszego wymagaj�cego rozwi�zania problemu.
W miar� jak post�powa�o przes�uchanie, zacz�a traci�
pewno��, i� s� cz�onkami jakiej� bandy. Banda ta, jak wynika�o z rozmowy,
dokonywa�a napad�w na Dzi�b z po�o�onej niedaleko bazy, a wszystko to odbywa�o
si� w czasie, gdy istnia�y inne, du�o powa�niejsze, chocia� na razie nie
sprecyzowane problemy.
Rozczarowanie Vyann wywo�ane tym, �e okazali si� du�o mniej
ciekawi, ni� tego po nich oczekiwa�a, spowodowa�o jeszcze wi�kszy ch��d z jej
strony. A im wi�kszy by� jej ch��d, tym bardziej Marapper stawa� si� wymowny.
Jego bujna, �atwo daj�ca si� rozbudzi� wyobra�nia podsuwa�a mu niezliczone
obrazy, z kt�rych wynika�o niezbicie, �e ta surowa, m�oda kobieta jednym
kiwni�ciem palca mo�e wys�a� go w D�ug� Podr�. Wreszcie wyst�pi� naprz�d i
delikatnie opar� r�k� na jej biurku.
- Jednego pani jak dot�d nie zrozumia�a rzek� z naciskiem -
a mianowicie, �e nie jeste�my zwyk�ymi wi�niami. Kiedy wasz patrol nas napad�,
byli�my w drodze do Dziobu z bardzo cennymi informacjami.
- Czy�by? - jej uniesione brwi wyra�a�y triumf. - M�wi�e�
przed chwil�, �e jeste� tylko skromnym kap�anem z ma�ej osady. Nudz� mnie te
powtarzaj�ce si� stale sprzeczno�ci w zeznaniach
- Wiedza! - rzek� Marapper. - Czy to wa�ne, sk�d pochodzi?
Powa�nie pani� ostrzegam, �e jestem cz�owiekiem cennym.
Vyann pozwoli�a sobie na ch�odny u�mieszek.
- A wi�c nale�y -was oszcz�dzi�, poniewa� macie jakie�
wa�ne informacje. Tak, kap�anie? - Powiedzia�em, �e ja dysponuj� pewn� wiedz� -
podkre�li� z naciskiem Marapper, wydymaj�c policzki. - Je�eli przy tym oka�esz
�ask� i oszcz�dzisz moich biednych, niczego nie�wiadomych przyjaci�, b�d�
oczywi�cie bardzo szcz�liwy.
- Ach tak? - po raz pierwszy usiad�a za biurkiem i wok�
jej ust ukaza� si� cie� rozbawienia, �agodz�c surowy wyraz twarzy.
- A ty - wskaza�a na Complaina - je�eli nie jeste� niczego
�wiadom, to co masz do zaoferowania?
- Jestem my�liwym - powiedzia� Complain - a m�j przyjaciel
Fermour jest rolnikiem. Nic wprawdzie nie wiemy, ale mo�emy ci s�u�y� nasz�
si��.
Vyann nie patrz�c na niego spokojnie po�o�y�a obie r�ce na
biurku.
- S�dz�, �e wasz kap�an ma racj�. Inteligencj� mo�na nas
przekupi�, ale nie si��. Jak na razie, mamy dosy� si�y w Dziobie.
Zwr�ci�a oczy na Fermoura.
- A ty, dryblasie - powiedzia�a - nie wyrzek�e� dot�d ani
s�owa. Co masz do ofiarowania?
Fermour popatrzy� na ni� spokojnie, a potem spu�ci� wzrok.
- Milczeniem pokrywa�em tylko niepok�j, pani - powiedzia�
�agodnie. - W naszym ma�ym szczepie nie by�o dam, kt�re mog�yby rywalizowa� z
pani� na jakimkolwiek polu.
- Takiego gadania te� nie mo�na przyj�� jako �ap�wki -
powiedzia�a oboj�tnie Vyann. No dobrze, kap�anie, mam nadziej�, �e twoje
informacje oka�� si� interesuj�ce. Mo�e mi powiesz wreszcie, o co chodzi?
Marapper prze�y� teraz swoj� kr�tk� chwil� triumfu. Wetkn��
obie r�ce pod zniszczony p�aszcz i energicznie potrz�sn�� g�ow�.
- Zatrzymam t� informacj� dla wy�szej w�adzy - rzek�. -
�a�uj�, pani, ale nie mog� ci jej przekaza�.
Nie wydawa�a si� by� obra�ona. Musia�a by� bardzo pewna
siebie, bo jej r�ce spoczywaj�ce na biurku nawet nie drgn�y.
- Natychmiast sprowadz� mojego prze�o�onego - powiedzia�a.
Jeden ze stra�nik�w otrzyma� rozkaz i znikn��, aby po
kr�tkiej chwili powr�ci� z energicznym m�czyzn� w �rednim wieku.
Nowo przyby�y z miejsca wywar� na nich silne wra�enie.
G��bokie bruzdy przeora�y mu twarz, jak woda p�yn�ca z g�r ��obi sobie koryto, a
wra�enie ruiny pot�gowa�a jeszcze du�a ilo�� siwizny w jego nadal jasnych
w�osach. Oczy mia� szeroko otwarte, usta wskazywa�y na up�r i siln� wol�.
Agresywny wyraz twarzy z�agodzi� u�miech, jakim obdarzy� Vyann, po czym
m�czyzna natychmiast rozpocz�� z ni� cich� rozmow� w k�cie pokoju. W miar� jak
Vyann opowiada�a, rzuca� od czasu do czasu badawcze spojrzenia na Marappera.
- Co s�dzisz o skoku do drzwi? - wyszepta� zd�awionym
g�osem do Complaina Fermour.
- Nie b�d� g�upi - odpar� Complain. Nigdy by�my nie
wydostali si� z tego pokoju, nie m�wi�c ju� o stra�nikach przy zaporze.
Fermour mamrota� co� niewyra�nie i wygl�da�o na to, �e chce
dokona� pr�by ucieczki na w�asn� r�k�. Ale w tym w�a�nie momencie podszed� do
nich m�czyzna, kt�ry rozmawia� z Vyann, i przem�wi�:
- Chcemy podda� was trzech pewnym pr�bom - powiedzia�
�agodnie. - Wkr�tce ponownie ci� wezwiemy, kap�anie. Tymczasem, stra�nicy,
odprowadzi� wi�ni�w do trzeciej celi.
Rozkaz zosta� wykonany natychmiast. Pomimo protest�w
Fermoura wyprowadzono go wraz z Complainem i Marapperem z pokoju i par� krok�w
dalej wepchni�to do innego. Stra�nicy zamkn�li za nimi drzwi. Marapper by� nieco
zmieszany, zdawa� sobie bowiem spraw�, �e pr�ba wybronienia si� ich kosztem mo�e
sko�czy� si� utrat� ich zaufania. Dlatego te� pr�bowa� je odzyska� przez
podniesienie ich na duchu.
- No, no, moje dzieci - rzek� wyci�gaj�c do nich r�ce. -
D�uga Podr� ma zawsze sw�j pocz�tek, jak powiada Nauka. Dziobowcy s� od nas
bardziej cywilizowani i mo�emy oczekiwa� najgorszego. Pozw�lcie mi zaintonowa�
ostatnie mod�y.
Complain odwr�ci� si� i usiad� w najdalszym k�cie pokoju,
podobnie post�pi� Fermour. Kap�an poszed� w ich �lady i przysiad� na swym
pot�nym zadzie, opieraj�c r�ce na kolanach.
- Trzymaj si� ode mnie z dala, ojcze duchowny - rzek�
Complain. - Daj mi spok�j! - Co, ty nie masz za grosz ikry? - spyta� kap�an
g�osem s�odkim jak g�sty syrop. - Czy s�dzisz, �e Nauka dopuszcza spok�j w
ostatniej godzinie �ycia? Po raz ostatni musisz by� doprowadzony do �wiadomo�ci.
Dlaczego masz siedzie� tu i rozpacza�? Czy twoje �a�osne, plugawe �ycie warte
jest cho�by spluni�cia? Co w twoim duchu jest tak cennego, aby nie zas�ugiwa�o
na ca�kowite zniszczenie? Roy Complam, jeste� chory i potrzebujesz moich
wskaz�wek.
- Przyjmij do wiadomo�ci, �e ju� nie jestem w twojej
parafii, dobrze? - rzek� Complain s�abym g�osem. - Sam si� sob� zajm�.
Kap�an skrzywi� si� i odwr�ci� do Fermoura. - A ty, m�j
przyjacielu, co masz do powiedzenia? - spyta�.
Fermour u�miechn�� si�, by� ju� ca�kowicie opanowany
- Chcia�bym sp�dzi� cho� jedn� godzin� z t� pon�tn�
inspektor Vyann, a potem mog� ju� rado�nie wyruszy� w Podr� - powiedzia�. Czy
jeste� w stanie mi to za�atwi�, Marapper?
Zanim Marapper zd��y� wymy�li� odpowiedni mora�, otworzy�y
si� drzwi, w kt�rych pojawi�a si� szpetna twarz, a za ni� r�ka kiwaj�ca
energicznie na kap�ana. Marapper wsta� i gestem podkre�laj�cym pewno�� siebie
wyg�adzi� ubranie.
- Wstawi� si� za wami, dzieci - rzek� i z godno�ci� wyszed�
wraz ze stra�nikiem na korytarz. Minut� p�niej sta� twarz� w twarz z inspektor
i jej prze�o�onym, kt�ry, oparty o r�g biurka, odezwa� si� pierwszy:
- Przestrzeni dla ciebie. O ile dobrze zrozumia�em, jeste�
kap�an Henry Marapper. Ja nazywam si� Scoyt, mistrz Scoyt, i do moich obowi�zk�w
nale�y przes�uchiwanie wszystkich obcych ludzi. Ka�dy, kto trafi do Dziobu,
staje przede mn� lub przed inspektor Vyann. Je�eli jeste� tym, za kogo si�
podajesz, nie spotka ci� �adna krzywda, ale z Bezdro�y wype�zaj� r�ne dziwne
stwory, przed kt�rymi musimy si� strzec. O ile dobrze us�ysza�em, przyszed�e� tu
specjalnie, aby dostarczy� nam jakich� informacji?
- Odby�em d�ug� .drog� przez wiele pok�ad�w - rzek�
Marapper - i nie pochwalam przyj�cia, z jakim si� tu spotka�em.
Mistrz Scoyt skin�� g�ow�.
- Co to za informacje? - spyta�.
- Mog� je przekaza� tylko kapitanowi.
- Kapitanowi? Jakiemu kapitanowi? Kapitanowi stra�y? Innego
tutaj nie ma.
Marapper znalaz� si� w niezr�cznym po�o�eniu, poniewa� nie
chcia� u�y� s�owa „statek", zanim sytuacja do tego nie dojrzeje.
- Kto jest waszym prze�o�onym? - zapyta�. - Inspektor Vyann
i ja odpowiadamy tylko przed Rad� Pi�ciu - odrzek� gniewnym g�osem Scoyt. -
Spotkanie z Rad� przed potwierdzeniem przez nas wagi twojej informacji nie
wchodzi w og�le w rachub�. Pr�dzej, kap�anie, mamy inne pilne zaj�cia.
Cierpliwo�� jest t� staromodn� cnot�, kt�rej nie posiadam. Co to za wiadomo�ci,
o kt�rych tak wiele m�wi�e�?
Marapper zawaha� si� - moment absolutnie nie by�
odpowiedni. Scoyt uni�s� si�, jakby chcia� odej��, Vyann by�a zniech�cona. Nie
m�g� ju� dalej zwleka�.
- �wiat - powiedzia� dobitnie - a wi�c ca�y Dzi�b i
Bezdro�a, a� do odleg�ych region�w Schod�w Rufowych, to jeden tw�r: statek. Ten
statek jest dzie�em r�k ludzkich i porusza si� w �rodowisku zwanym przestrzeni�
kosmiczn�. Mam na to niezbity dow�d - przerw a�, aby zobaczy�, jakie wywiera
wra�enie, ale wygl�da�o na to, �e Scoyt ma w�tpliwo�ci. Marapper podj�� temat
wyja�niaj�c szczeg�y swojej teorii z wielk� elokwencj�. Na zako�czenie rzek�:
- Je�eli mi zaufacie i obdarzycie w�adz�, skieruj� statek
(gdy� mo�ecie by� pewni, �e to prawda) do portu przeznaczenia i wtedy na zawsze
uwolnimy si� od niego i zwi�zanych z nim k�opot�w.
Zamilk�. Ich twarze by�y pe�ne gorzkiego rozbawienia.
Popatrzyli na siebie i roze�miali si� kr5tko, prawie ponuro. Marapper niepewnie
potar� policzek.
- Nie wierzycie mi, bo pochodz� z ma�ego szczepu -
wymamrota�.
- Nie, kap�anie - dziewczyna podesz�a bli�ej i stan�a
przed nim. - Widzisz, my w Dziobie od dawna ju� wiemy o statku i jego podr�y w
kosmosie.
Marapper rozdziawi� usta.
- To znaczy... Kapitan statku... znale�li�cie go? -
wykrztusi�.
- Kapitan nie istnieje. Musia� ju� wiele pokole� temu uda�
si� w D�ug� Podr�.
- A sterownia... znale�li�cie sterowni�?
- Sterowni tak�e nie ma - powiedzia�a dziewczyna - znamy
tylko zwi�zan� z ni� legend�; nic wi�cej
- Och - rzek� Marapper, zn�w czujny i podniecony. - W
naszym szczepie nawet legenda wygas�a, prawdopodobnie dlatego, �e �yli�my dalej
od jej przypuszczalnej ojczyzny ni� wy. Ale musi istnie�. Czy szukali�cie jej?
Scoyt i Vyann znowu popatrzyli na siebie, po czym Scoyt
skin�� g�ow�, jakby odpowiada� na jakie� nieme pytanie.
- Poniewa� wydaje si�, �e natrafi�e� na cz�� tajemnicy -
powiedzia�a Vyann - mo�emy w�a�ciwie wyjawi� ci reszt�. Musisz wiedzie�, �e
historia ta nie jest powszechnie znana, nawet w�r�d Dziobowc�w; my, jako elita,
trzymamy j� dla, siebie w obawie, �e mog�aby wywo�a� niepok�j, a nawet zbiorowe
szale�stwo. Przys�owie m�wi, �e prawda nigdy nikogo nie uczyni�a wolnym. Jak
s�usznie zauwa�y�e�, jeste�my na statku, ale nie ma �adnego kapitana. Statek
leci non stop w przestrzeni kosmicznej, przez nikogo nie kierowany. Mo�emy
przypuszcza�, �e straci� kierunek podr�y. B�dzie tak pewnie lecia� wiecznie, a�
wszyscy na pok�adzie udadz� si� w D�ug� Podr�. Nie mo�na go zatrzyma�, bo
chocia� przeszukano ca�y Dzi�b, nie odnaleziono sterowni!
Zamilk�a patrz�c ze wsp�czuciem, jak Marapper trawi t�
gorzk� prawd�; by�a ona zbyt upiorna, aby j� przyj�� bez �adnych opor�w.
- ...jaki� straszny grzech naszych przodk�w - mrucza�
Marraper i przes�dnie przeci�gn�� wskazuj�cym palcem wzd�u� gard�a. Po chwili
wzi�� si� w gar��.
- Ale sterownia istnieje - powiedzia�. Popatrzcie, mam na
to dow�d.
Spod brudnej koszuli wyci�gn�� ksi��k� z planami instalacji
elektrycznej i zacz�� ni� energicznie wymachiwa�.
- Rewidowano ci� przy barykadzie - rzek� Scoyt - jak ci si�
uda�o j� zatrzyma�?
- Powiedzmy... dzi�ki obfitemu ow�osieniu pod pach�... -
powiedzia� duchowny robi�c oko do Vyann. Wyra�nie odzyska� kontenans. Roz�o�y�
ksi��eczk� na biurku inspektor Vyann i dramatycznym gestem wskaza� na schemat,
kt�ry przedtem pokazywa� Complainowi: ma�e k�eczko z napisem „Sterownia" by�o
wyra�nie zaznaczone na przodzie statku. Gdy tamci pochylili si� nad ksi��k�,
wyja�ni�, w jaki spos�b ten cenny dokument znalaz� si� w jego r�kach.
- Ksi��k� sporz�dzili Giganci - powiedzia� - do kt�rych
niew�tpliwie nale�a� statek. - Tyle to i my wiemy - rzek� Scoyt - ale ta ksi��ka
jest cenna. Mamy teraz konkretn� lokalizacj� sterowni, kt�r� nale�y sprawdzi�.
Vyann, kochanie, chod�my tam zaraz.
Dziewczyna otworzy�a g��bok� szuflad� biurka, wyj�a
paralizator i pas, kt�ry za�o�y�a na sw� smuk�� kibi�. By� to pierwszy
paralizator, jaki Marapper tu zobaczy�, najwyra�niej stanowi�y one rzadko�� na
Dziobie. Przypomnia� sobie, �e swoje dobre uzbrojenie szczep Greene zawdzi�cza�
ojcu Bergassa, kt�ry przypadkowo odkry� magazyn paralizator�w w Bezdro�ach,
wiele pok�ad�w od Dziobu.
Ju� mieli wychodzi�, gdy drzwi si� otworzy�y i stan�� w
nich wysoki m�czyzna. By� dobrze ubrany i mia� d�ugie, porz�dnie u�o�one w�osy.
By� prawdopodobnie kim� wa�nym, gdy� na jego widok Scoyt i Vyann wyprostowali
si� z szacunkiem.
- Dosz�o do mnie, �e masz nowych wi�ni�w, mistrzu Scoyt -
rzek� powoli nowo przyby�y. - Czy schwyta�e� wreszcie kogo� z ludzi Gregga?
- Obawiam si�, �e nie, radco Deight - powiedzia� Scoyt. -
S� to tylko trzej w�drowcy z Bezdro�y. Oto jeden z nich.
- A jeszcze dwaj? - nalega� radca.
- S� w trzeciej celi, radco - rzek� Scoyt. Przes�uchamy ich
p�niej. Inspektor Vyann i ja zajmujemy si� w tej chwili tym wi�niem.
Przez moment radca zdawa� si� waha�, ale po chwili skin��
g�ow� i oddali� si�. Duchowny patrzy� za nim z szacunkiem, a przecie�
niezmiernie rzadko mu si� to zdarza�o.
- To by� radca Zac Deight - wyja�ni� Marapperowi Scoyt -
jeden z cz�onk�w Rady Pi�ciu. Uwa�aj w przysz�o�ci na swoje maniery, gdy
b�dziesz rozmawia� z kt�rym� z nich, a szczeg�lnie z Deightem.
Vyann schowa�a do kieszeni ksi��eczk� kap�ana. Wychodz�c na
korytarz zd��yli jeszcze zobaczy�, jak stary radca znika za zakr�tem. Rozpocz�li
d�ugi marsz w kierunku najdalej po�o�onego punktu Dziobu, gdzie zgodnie ze
schematem winna znajdowa� si� sterownia.
Pokonanie tej odleg�o�ci zaj�oby im wiele sen-jaw, gdyby
nie mieli planu i gdyby droga by�a zaro�ni�ta glonami i pe�na towarzysz�cych im
zwykle przeszk�d. Marapper, mimo �e zaabsorbowany rozwa�aniami nad swoj�
przysz�o�ci� - wykrycie sterowni statku niew�tpliwie wzmocni�oby jego
dotychczasow� pozycj� - z zainteresowaniem �ledzi� otoczenie. Wkr�tce
spostrzeg�, �e Dziobowi daleko do pi�knego obrazu, jaki malowano w Bezdro�ach, a
tak�e do tego, co sam na pocz�tku przypuszcza�. Mijali wiele ludzi, ale g��wnie
dzieci. Wszyscy byli ubrani skromniej ni� w Kabinach; nieliczne cz�ci garderoby
mieli czyste i schludne i reprezentowali og�lny poziom higieny do�� wysoki, ale
byli wychudzeni, dos�ownie sk�ra i ko�ci. �wiadczy�o to o k�opotach z �ywno�ci�.
Rozwa�aj�c t� spraw� Marapper doszed� do chytrego wniosku,
�e maj�c mniejszy kontakt z g�stwin� Dziobowcy maj� nie tylko mniej �owc�w ni�
Kabiny, ale tak�e gorszej kategorii. W miar� posuwania si� naprz�d wykry�
r�wnie�, �e chocia� ca�y Dzi�b od bariery przy Pok�adzie 24 do ko�ca Pok�adu 1
znajduje si� we w�adaniu Dziobowc�w, to zaj�te s� tylko Pok�ady od 22 do 11, a i
to nie ca�kowicie. O przyczynie tego stanu rzeczy przekona� si� kap�an,
przynajmniej cz�ciowo, gdy min�li Pok�ad 11. Na obszarze trzech pok�ad�w
nieczynne by�o o�wietlenie. Mistrz Scoyt zapali� przymocowan� do pasa latark� i
ca�a tr�jka posuwa�a si� w p5�mroku dalej. O ile w Bezdro�ach ciemno�� by�a
przykra, o tyle tutaj wra�enie to by�o znacznie silniejsze. Kroki ich brzmia�y
dono�nie i g�ucho, a doko�a panowa� bezruch. Gdy dotarli wreszcie do Pok�adu 7,
gdzie migota�o niepewne �wiat�o, widok nie by� wcale weselszy. Stale
towarzyszy�o im echo ich krok�w i wsz�dzie widzia�o si� zniszczenie.
- Popatrzcie na to! - zawo�a� Scoyt wskazuj�c miejsce,
gdzie ca�y fragment �ciany zosta� wyrwany i wywini�ty na strop. - Na tym statku
by�a kiedy� bro�, kt�ra mog�a tego dokona�. Chcia�bym mie� co� takiego do ci�cia
�cian. Szybko znale�liby�my drog� do przestrzeni kosmicznej.
- Gdyby cho� by�y gdzie� okna - powiedzia�a Vyann - mo�e
wtedy w�a�ciwy cel statku nie by�by zapomniany.
- Zgodnie z planem - wtr�ci� Marapper w sterowni znajduj�
si� dostatecznie du�e okna. Umilkli. Otoczenie by�o wystarczaj�co pos�pne, aby
odebra� im wszelk� ochot� do rozmowy. Wi�kszo�� drzwi sta�a otworem, ujawniaj�c
pokoje pe�ne po�amanych, milcz�cych i uginaj�cych si� pod ci�arem wiekowego
py�u maszyn.
- Na tym statku dziej� si� r�ne dziwne rzeczy, o kt�rych
nie mamy poj�cia - rzek� ponuro Scoyt. - Mi�dzy nami znajduj� si� duchy wrogo
nastawione do nas.
- Duchy? - zdziwi� si� Marapper. - Ty wierzysz w duchy,
mistrzu Scoyt?
- Roger uwa�a - powiedzia�a Vyann - �e mamy do czynienia z
dwoma problemami: pierwszym jest statek - dok�d si� udaje i jak go zatrzyma�; to
problem zasadniczy, kt�rego nie rozwi��emy nigdy. Drugi narasta; nasi
pradziadowie zupe�nie go nie znali. Na statku pojawi�a si� jaka� tajemnicza,
dziwna rasa, kt�rej przedtem nie by�o.
Kap�an spojrza� na Vyann. Ostro�nie zagl�da�a w ka�de z
mijanych drzwi. Scoyt zreszt� podobnie. Duchowny poczu�, �e w�osy na karku
nieprzyjemnie mu si� je��.
- Masz na my�li Obcych? Skin�a g�ow�.
- Nadprzyrodzona rasa, udaj�ca ludzi... powiedzia�a. -
Wiesz lepiej od nas, �e trzy czwarte statku pokrywa d�ungla. Gdzie� w gor�cych
bagnach g�stwiny w jaki� tajemniczy spos�b zrodzi�a si� zupe�nie nowa rasa,
udaj�ca ludzi. To nie ludzie, to wrogowie. Przybywaj� ze swoich kryj�wek, aby
nas szpiegowa� i zabija�.
- Musimy by� stale czujni - doda� Scoyt.
Od tej chwili i Marapper zagl�da� w ka�de drzwi.
Otoczenie zacz�o si� zmienia�. Trzy koncentryczne
korytarze ka�dego pok�adu zast�pi�y nagle dwa, a ich zakr�ty sta�y si�
ostrzejsze. Pok�ad 2 ogranicza� si� ju� tylko do jednego korytarza, wzd�u�
kt�rego bieg�y pokoje. W �rodku widnia� wielki w�az prowadz�cy na Korytarz
G��wny, zamkni�ty jednak na zawsze. Scoyt zapuka� w niego lekko.
- Gdyby otwarto ten korytarz, jedyny tutaj prosty korytarz
- powiedzia� - przeszliby�my do Schod�w Rufowych na drugi koniec statku szybciej
ni� w ci�gu jednej jawy.
Posuwali si� teraz naprz�d spiralnymi, obudowanymi
schodami. Marapper szed� pierwszy, z bij�cym sercem. Je�eli schemat m�wi�
prawd�, winny prowadzi� one do sterowni.
Na szczycie schod�w, w s�abym �wietle, oczom ich ukaza� si�
ma�y okr�g�y pokoik bez mebli, o nagich �cianach i pod�odze. Marapper rzuci� si�
na �cian� szukaj�c drzwi. Bezskutecznie.:.
Wybuchn�� p�aczem, zalewaj�c si� �zami w�ciek�o�ci.
- Oni k�amali! - krzykn��. - K�amali! Jeste�my wszyscy
ofiarami potwornego... potwornego...
Nie potrafi� znale�� odpowiedniego s�owa.
nast�pny |